sobota, 2 grudnia 2017

Rozdział 1

    Przeciągnęłam się z ziewnięciem. Popołudniowa drzemka zawsze dobrze człowiekowi robi. Wstałam z kanapy i ruszyłam w stronę kuchni, w której znajdowała się moja mama i coś gotowała. Pewnie jakiś obiad dla naszej trójki.
- Co robisz? - zapytałam się, ziewając. Machnęła ręką, abym się uciszyła. Widocznie liczyła, ponieważ od zawsze miała problem z gotowaniem, a nikomu nie pozwalała się w to zaangażować. Czasami można było zauważyć takie dziwne nawyki u niej. Na przykład nie potrafiła się normalnie podrapać po policzku i wykręcała rękę tak, że pocierala go zewnętrzną stronią dłoni. Ja robiłam tak samo, co kilka osób mi wypomniało i się z tego śmiało. Jednak nic nie potrafiłam na to poradzić. Tak już po prostu miałam i to mnie wyróżniało w tłumie.
- Prawie mi się udało, ale jak zwykle ktoś musiał napisać tak dziwnie przepis, że to cholerstwo jednak nie wyszło! - warknęła wściekle, patrząc wprost do dużej, srebrnej miski, która stała na blacie. Uśmiechnęłam się delikatnie, patrząc na ściągnięte brwi mojej mamy, która wręcz warczała na blogerkę, która podała przepis na ciasto. Zawsze tak robiła. Nigdy nie czytała dokładnie, a później miała pretensje do autorów. 
- Pomóc ci? - mruknęłam, niepewna jej reakcji. Ona spojrzała się na mnie groźnie, a potem nagle zrobiła zaskoczoną minę. Wbiła wzrok w zegar i rzuciła wszystko nagle na blat, po czym wybiegła z pokoju, potrącając mnie przez przypadek ramieniem. Nie wiedziałam, gdzie się tak śpieszy, ale inna rzecz powinna mnie teraz zainteresować. Trzeba posprzątać kuchnię i naszykować sobie jakiś normalne jedzenie, którym się nie otruję.
     Zrobiłam sobie kanapki i usiadłam przy wyspie kuchennej. Miałam ogromną nadzieję, że przeżyję jutrzejszy dzień bez żadnych przeszkód. Dwa sprawdziany oraz możliwa kartkówka na biologii. Westchnęłam cicho i poprawiłam swoje jasne włosy, aby nie wpadały mi do talerza. Miały bardzo unikatowy kolor - były bardzo jasne z ciemniejszymi pasemkami blondu. Jessica, moja najlepsza przyjaciółka, mówiła mi, że przez to będę miała kłopoty. Każdy chłopak będzie za mną wodził wzrokiem tylko ze względu na wygląd, a nie na charakter. Nie pomyliła się, niestety, bo każdy, który się do mnie zbliżył, uważał, że dam się zaprowadzić gdzieś w ustronne miejsce na chwilę przyjemności. Niedoczekanie ich!
     Teraz została ostatnia klasa liceum i pójdę na wymarzone studia - przynajmniej miałam taką nadzieję, że się dostanę. Właśnie dzisiaj szłam do Jess, abyśmy razem mogły napisać podania na uczelnie. Miałyśmy podobne zainteresowania, więc może być tak, że uda się na pójść na ten sam kierunek. Tak, architektura bardzo do nas przemiawiała i wręcz wołała, abyśmy ją studiowały.
    Spakowałam torbę i zarzuciłam ją na ramię. Spojrzałam jeszcze przed wyjściem w lustro, które stało w korytarzu na parterze, gdzie zakładałam buty. Blond słowy opadały falami na moje ramiona, a zimne, niebieskie oczy były otoczone ciemnymi, długimi rzęsami. Na skroniach można było zauważyć blizny, których strasznie się wstydziłam - zostały po mojej walce z trądzikiem, którą na samym końcu myślałam, że przegram. Jednak dałam radę i teraz nie zostało po tym nic innego niż te paskudne ślady. Po za tym niespecjalnie się wyróżniałam figurą. Byłam średniego wzrostu, bo raptem metr sześćdziesiąt cztery. Nie miałam też sylwetki modelki, bo nawet na biodrach można było zauważyć trochę za duże krągłości. Nie przeszkadzało mi to, ponieważ dobrze czułam się w moim ciele. Nie chciałam stosować żadnej drakońskiej diety, przez którą byłabym pewnie wiecznie głodna, zmęczona i, co najważniejsze, nieszczęśliwa.
     Założyłam słuchawki i włączyłam muzykę w telefonie. Nigdy nie lubiłam chodzić w ciszy, bo miałam wrażenie, że wyglądam wtedy co najmniej dziwnie. Nie przepadałam za byciem w centrum uwagi, więc słuchając piosenek zatracałam się w tym, aby przenieść się do innego świata. Nawet nie wiedziałam jakiego, bo po prostu się wyłączałam. Takim sposobem, nawet nie zauważyłam, kiedy doszłam do domu mojej najlepszej przyjaciółki. Otworzyłam furtkę, nie zwracając uwagi na tabliczkę ostrzegającą przed groźnym psem. Ares sprawiał wrażenie niebezpiecznego, ale ten duży wilczur był bardzo sympatyczny.
-  Emily, jak dobrze, że już jesteś! - krzyknęła Jess, zbiegając po drobnych stopniach na chodnik przed jej domem. Szatynka złapała mnie w objęcia i uściskała, jakbyśmy się nie widziały co najmniej rok, a nie trzy godziny. - Idziemy na górę, u mnie nikogo nie ma.
     Uśmiechnęłam się i pokiwałam głową. Jessica, według mnie, była dużo ładniejsza ode mnie. Brązowe włosy siegały jej do pasa, a jej czekoladowe oczy zawsze pokazywały z jaką marzycielką miał ktoś do czynienia. Do tego nie chowała się tak jak ja, tylko co roku startowała na przewodniczącą klasy i, jak nietrudno się domyślić, wygrywała wybory za każdym razem. Chłopaki ją uwielbiali, ale ona nie zwracała na nich większej uwagi. Mówiła mi kiedyś, że nie wie, czy jeszcze nie spotkała takiego, który zwróciłby jej uwagę, czy może jest lesbijką.
- Zdecydowałaś się, na które uczelnie składasz papiery? - zapytała się, gdy usiadła na swoim łóżku, a ja na krześle przy biurku. Wzruszyłam ramionami, chociaż miałam parę propozycji. Chciałam jednak najpierw jej wysłuchać i zobaczyć, czy się pokrywały. - Ja myślałam nad Nowym Jorkiem... Nie jest bardzo daleko, ani bardzo blisko, wręcz idealnie. Do tego jest tam świetna uczelnia, na którą mogłybyśmy składać papiery.
- Tak, też myślałam nad nią - odpowiedziałam z lekkim uśmiechem. Nie kłamałam, bo miałam podobne myśli do Jess. Idealna odległość od rodzinnego domu. Nie za daleko i nie za blisko. - Ja jeszcze pomyślałam o Stamford... A zresztą, możemy złożyć papiery tam, gdzie tylko chcemy!
- Dokładnie! - zaśmiała się Jess, po czym wstała i z szuflady w komodzie wyciągnęła ulotki uniwersytetów. Podała mi trzy z nich. - Myślę, że te są najlepsze! Nowy Jork, Stamford i Baltimore. Tam chyba będzie najrozsądniej - nie pomyliłam się. Znowu z Jess zgadzałyśmy się, co do wyboru szkół. Miałam podobne preferencje, ale teraz jak jeszcze ona to powiedziała, to już nie wątpiłam. To będą najlepsze szkoły, do których złożymy papiery.
     Wypisywanie podań zajęło nam dobre trzy godziny. Nawet się nie obejrzałyśmy, a na dworzu było już ponuro, a ja miałam kawałek do domu, więc musiałam się zbierać. Przeciągnęłam się jeszcze na krześle, pomrukując. Szatynka zaśmiała się cicho pod nosem.
- Mruczysz jak kot - parsknęła, odkładając długopisy na miejsce i zaklejając koperty. Wziełam wszystkie, gdy tylko skończyła, bo mijałam skrzynkę pocztową po drodze do domu i mogłam je na spokojnie wysłać.
- Bywa i tak - spojrzałam się na zegarek i westchnęłam ciężko. Już było po dziesiątej. - Dobra, ja się zbieram, nie chcę, aby rodzice się martwili. 

~*~*~*~

     Następny dzień minął bardzo szybko. Jednak nauczyciele nie zrobili takich trudnych sprawdzianów jakie zapowiedzieli. Cały nastepny tydzień także tak minął... Nawet nie wiedziałam kiedy, a już przyszedł koniec roku i egzaminy końcowe. No trudno, nie będę tęskniła za moją klasą, nie miałam zbytnio dobrych wspomnień związanych z tymi ludźmi. Chciałam to jak najszybciej wszystko zakonczyć i pójść do szkoły, gdzie znajdę nowych znajomych i będzi wszystko wspaniałe. Przynajmniej taką miałam nadzieję. 
     Zapięłam mojego ukochanego psa na smycz. Nasz owczarek nie był tak duży jak Azor u Jess, jednak wyzwalał we mnie jeszcze większe uczucie miłości. Pogłaskałam Nellie za uchem, a ona wesoło pomerdała ogonem. Uśmiechnęłam się. Gdyby nie wyszło mi z architekturą to chyba poszłabym na weterynarię. Tak, to również byłaby dobra decyzja w moim przypadku. Kochałam zwierzęta od zawsze. 
- Idę z Nellie! - krzyknęłam i nie czekałam na odpowiedź. Otworzyłam drzwi i skierowałam się w stronę małego lasku, który był na końcu mojej ulicy. Zawsze tam chodziłam z moim zwierzakiem. Odpinałam ją ze smyczy, a ona zadowolona biegała wokół drzew. Była bardzo posłuszna, bo zawsze, gdy ją zawołałam, wracała natychmiast.  
      Teraz także nic się nie zmieniło, chociaż miałam wrażenie, że było ciszej niż zwykle. Jednak nie zwróciłam na to uwagi, bo przyroda rządziła się swoimi prawami. Jeśli chciała, to mogło być ciszej. Schyliłam się, by odpiąć smycz Nellie. Gdy to zrobiłam, została ze mną ruszając nerwowo uszami. Zaśmiałam się cicho pod nosem i podrapałam ją na łbie. Zaskomlała i pobiegła przed siebie, zostawiając mnie samą.
- Nellie! - krzyknęłam i zaczęłam biec za nią. Dopiero po chwili usłyszałam trzask gałęzi za sobą. Odwróciłam się i zobaczyłam ogromne ślepia, w których była czysta furia. Ogromny wilk szedł w moim kierunku, gdy ja stanęłam jak sparaliżowana. Mój oddech przyśpieszył, gdy patrzyłam w te brązowe wściekłe oczy. Zwierzę odsłoniło kły, warcząc na mnie. Ten dźwięk poczułam aż w swojej klatce piersiowej. Głęboki, niski i jeszcze bardziej niebezpieczny. Dopiero to mną wystarczająco wstrząsnęło. Odwróciłam się szybko i zaczęłam uciekać w stronę drogi.  Jedynie tam ktoś mógł mi pomóc, bo sama byłam spisana na klęskę.
     Biegłam, a to zwierzę mnie goniło. Czułam jego odbijające się łapy od podłoża, gdy coraz bardziej się do mnie zbliżał. Skręciłam gwałtownie za drzewem, wpadając w jeszcze większą gęstwinę. Zasłoniłam twarz rękoma, czując ostre gałęzie na swojej twarzy, gdy mnie drapały. Równie dobrze słyszałam wściekłe warczenie za sobą. Próbowałam jeszcze bardziej przyśpieszyć, ale nie dawałam już rady. Miałam wrażenie, że moje siły i tak już dawno zostały zużyte, a teraz biagłam tylko dzięki adrenalinie.
- Pomocy! - krzyknęłam i nagle poczułam ostry ból w plecach. Przeróciłam się na brzuch i od razu zaczęłam się czołgać przed siebie. Jednak ogromne łapy na moich barkach mi tego nie ułatwiły. - Pomocy...
    Poczułam mokrą ślinę, która spłynęła z pyska wilka wprost na moją twarz. Skrzywiłam się, ale nie zwróciłam na to większej uwagi. Nagle mokra paszcza znalazła się jeszcze bliżej obok mojego karku. Poczułam ogromny ból w ramieniu, gdy ostre kły się zatopiły w moim ciele. Wrzasnęłam i próbowałam się wyrwać, ale nie dałam rady. Ogromne cielsko opierało się na mnie całym swoim ciężarem. Nawet ne wiem, kiedy zemdlałam z bólu.
     Ocknęłam się. Syknęłam próbując się podnieść z ziemi, jednak nie dałam rady. Spojrzałam za siebie, spodziewając się ogromnego wilka. Nic za mną nie stało, ani przede mną. Oparłam się na zdrowej ręce i wstałam na chwiejnych nogach. Pomyślałabym, że nic nie miało miejsca, gdyby nie poszarpane ubranie oraz krew spływająca po mojej ręce. Było ciemno, więc prawdopodobnie nie spędziłam tutaj dużo czasu. jednak to wystarczyło, bym bała się gdziekolwiek pójść w tym małym lasku.
     Nie wiedziałam, jak wróciłam do domu. Po drodze znalazłam smycz Nellie, a ją zobaczyłam siedzącą pod drzwiami mojego domu. Sapnęłam, trzymając się płotu i wchodząc na posesję. Suczka podbiegła do mnie, głośno skomląc. Pogłaskałam ją za uchem i weszłam do domu. Zauważyłam, że wszystkie światła były pogaszone, co znaczyło, że rodzice już wyszli do pracy. Dzisiaj obydwoje mieli nocną zmianę.
     Zachowałam się jak cyborg. Poszłam do łazienki i wziełam gorący prysznic, sycząc, gdy woda dotknęła moich ran. Gdy wytarłam się do sucha, poprzyklejałam potrzebne plastry i opatrzyłam sobie bark. Zasłoniłam okna i położyłam się do łóżka, nie zwracając uwagi na skowyczącą Nellie, która siedziała w wejściu do pokoju i patrzyła się na mnie. Zamknęłam oczy i gwałtownie usiadłam. Musiałam sprawdzić czy ten wilk nie siedzi koło mojego okna. Musiałam.
     Wstałam szybko, nie zwracając na ogromny ból pleców i barku. Wyjrzałam na zewnątrz, ale nic nie zauważyłam. Byłam sama, a może nawet niekoniecznie. Wraz ze zmartwionym psem towarzyszył mi mały księżyc, który czekał, aby pokazać się niedługo w całości. Wpatrywałam się w niego, jakby miał mi odpowiedzieć na pytanie, dlaczego zwierzę mnie zaatakowało. Parsknęłam, gdy zdałam sobie sprawę o czym myślałam. Z powrotem położyłam się do łóżka i tym razem usnęłam.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz